Kilka minut temu zakończył się pierwszy, premierowy pokaz nowego dzieła Burtona "Alicja w Krainie Czarów". Był to jeden z filmów, który bardzo chciałem zobaczyć i niecierpliwie oczekiwałem na niego od momentu kiedy zobaczyłem plakaty w bielskim Kinoplexie. Połączenie Burton i Depp zawsze zwiastuje film, który opisywany jest co najmniej przymiotnikiem "świetny".
Chciałem rozpocząć od 2 postaci, które moim zdaniem były najmocniejszym elementem tego filmu. Postać Kapelusznika granego przez Deppa jak zwykle była żywa, prawdziwa i tak ześwirowana jak powinna być. Mógłbym rozpisywać się o sztuce aktorskiej ale nie widzę sensu, każdy kto widział filmy z Deppem wie co potrafi ten aktor. Kolejna postać, moja ulubiona, to Kot. Głos stylizowany na mruczenie, świetny pomysł na postać, dobrze przemyślane efekty specjalne dają w sumie animowanego bohatera, którego każdy musi pokochać.
Świat przedstawiony został wygenerowany komputerowo i to było dobre posunięcie. Jest kolorowy i co bardzo ważne świat żyje. W tym miejscu chciałem wspomnieć o efektach 3D, które zostały przygotowane w ten sposób aby wciągnąć widza w ekran. Mamy tutaj wyskakujące z ekranu przedmioty, ryczące prosto w twarz stwory i inne atrakcje powodujące uniki oraz podskakiwanie na fotelu.
Z przykrością muszę stwierdzić, że nie zwróciłem uwagi na muzykę. W takim przypadku są 2 opcje: albo już całkiem ogłuchłem albo w żaden sposób nie zwróciła mojej uwagi.
Tyle z ogólnie pozytywnych wrażeń, trzeba przejść do tej "ciemnej strony". Postać Białej Królowej zupełnie mi się nie spodobała, moim zdaniem wypadła dość sztucznie. Najgorsza była jednak ogólna dynamika filmu i rozkładanie napięcia. Nie uciekałem wraz z Alicją przed goniącymi ją stworami, nie martwiłem się o nią, ani o Kapelusznika jak walczyli na śmierć i życie... Nie zostałem wciągnięty do tego magicznego świata. Zupełnie, ani trochę mimo, że koło mojej głowy latały przedmioty i postacie.
Film skończył się po 1,5 godziny, a ja siedziałem na fotelu niemal krzycząc "dajcie mi więcej". Niestety nie dostałem nic poza napisami końcowymi, nawet okularki musiałem oddać. Po filmie został mi bilet i chyba nie będę się chwalił, że byłem na premierze o północy... Zastanawiam się nawet czy nie przepłaciłem.
Podsumowując w kilku słowach: niestety zawiodłem się, wielki Burton nie dał rady i nie naprawił tego nawet świetny Depp. Dlatego odwołuję moje poprzednie deklaracje i mówię wyraźnie: nie, nie pójdę do kina drugi raz na ten film.